Najnowsze wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moja Włosowa Historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moja Włosowa Historia. Pokaż wszystkie posty
Hej dziewczyny!



Nadszedł czas na ostatnią część mojej włosowej historii, tym razem będzie to bardziej "fotohistoria", jako że w poprzednich postach opisałam przejścia moich włosów.
Zdjęcia będą pokazywały raczej tempo wzrostu włosów niż ich zmieniający się stan, ponieważ ścinając włosy pozbyłam się wszystkich uszkodzeń, były one zdrowe, a ja nie fundowałam im już żadnej terapii szokowej.
Na koniec tego wpisu napiszę jak wygląda moja aktualna pielęgnacja.
Zapraszam do czytania!


Jak już wiecie z poprzedniej części w maju 2013 roku ścięłam włosy na krótko i postanowiłam zapuszczać od początku. Czy była to dobra decyzja?


Maj 2013

Od momentu ścięcia włosów przestałam robić comiesięczne zdjęcia. Nie chciałam NIE widzieć przyrostu po miesiącu od cięcia, nie chciałam się bardziej dobijać. Zrobiłam jedno zdjęcie w maju i pozostawiłam ich wzrost samemu sobie.
Jednak na zdjęciach z wakacji widać jak urosły już po 2 miesiącach (lipiec):

 

 

Sierpień 2013


Na pierwszym zdjęciu z lipca włosy po prawej stronie mam do połowy ucha, w sierpniu już prawie je zasłoniły.

Pierwsze zdjęcie w celu porównania długości zrobiłam dopiero w październiku:

 

Comiesięczne badanie długości wznowiłam w lutym 2014.

Luty 2014



A dopiero w marcu porównując zdjęcia zobaczyłam (nie na przykładzie ucha) jak szybko po podcięciu moje włosy rosną w ciągu miesiąca:

Marzec 2014

W kwietniu po raz pierwszy od ścięcia postanowiłam podciąć końcówki, pozbyłam się wtedy 2 cm.

W maju zaczęłam suplementację Skrzypovitą i kupiłam mój pierwszy Jantar.

Maj 2014 - rok po cięciu

Nie będę wrzucać zdjęć z każdego miesiąca, bo bym Was zanudziła każdym pokazanym centymetrem włosów.
Kolejne zdjęcie to wrzesień i włosy wreszcie sięgały za ramiona, tu już po podcięciu kolejnych 2 cm:

Wrzesień 2014

W styczniu włosy były już o wiele dłuższe niż we wrześniu, wtedy też postanowiłam udać się do fryzjera, aby zapobiec ewentualnemu pojawieniu się rozdwojonych końcówek. Oczywiście stało się to czego się obawiałam, czyli nie wyszłam krótsza o 1,5 cm włosów, a o 3 cm. Jednak rekompensował mi to stan włosów po podcięciu:

Styczeń 2015

Po wizycie w salonie fryzjerskim moje włosy znowu dostały kopa, i w maju były dłuższe niż dwa lata wcześniej, gdy w tym samym salonie radykalnie zmieniałam fryzurę.

Maj 2015

W lipcu po obronie magisterki wyjechałam do Wielkiej Brytanii, gdzie spodziewałam się nagłego pogorszenia stanu włosów przez zmianę wody. Zrobiłam nawet spory zapas kosmetyków, których używałam, aby zaoszczędzić włosom kolejnej zmiany. Jednak żaden włosowy kryzys nie nastąpił, mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że włosy tutaj odżyły.

Lipiec 2015

Tutaj również pierwszy raz mój partner podciął mi włosy maszynką; myślę, że dopóki będę podcinać włosy na prosto zostanę właśnie przy tym sposobie.

Listopad 2015
Mniej więcej na przełomie listopada i grudnia złapał mnie bad hair month, a nawet months. Moje włosy nie lubią się z okresem grzewczym. W pracy było tak zimno, że od listopada do lutego pod biurkiem stał termowentylator, ja jako totalny zmarzluch nie przeżyłabym bez niego zimy.
Niestety odbiło się to na kondycji włosów, stały się suche, szorstkie, i niemiłosiernie się plątały. Końcówki były w opłakanym stanie, znowu zaczęły się rozdwajać, dlatego co miesiąc je podcinałam. Dodatkowo myjąc włosy rano, musiałam wrócić do ich suszenia suszarko-lokówką przekształconą w suszarkę, która oczywiście nie posiada chłodnego nawiewu (planuję zakup naprawdę dobrej suszarki). Niestety zdjęcia nie pokazują faktycznego stanu włosów w tym okresie.

Styczeń 2016
W marcu postanowiłam odpuścić włosom i odstawiłam termowentylator. Doświadczenie z tym urządzeniem doskonale pokazuje jak destrukcyjnie wpływa na nasze włosy codzienne używanie suszarki czy prostownicy.

Zatem raz jeszcze: czy było warto ścinać włosy?
Gdybyście mnie zapytały o to w 2013 czy 2014 roku, powiedziałabym, że nie, tęskniłam za długimi włosami do talii.
Teraz, z perspektywy czasu, widzę, że dzięki temu cięciu przez prawie 3 lata nie miałam problemu z rozdwajającymi się końcówkami, włosy nie sprawiały mi większych problemów, jeśli pojawiały się gorsze dni, to wyłącznie wynikające z niewłaściwej pielęgnacji. Mimo że długo czekałam, aż włosy wrócą do poprzedniej długości (choć i tak nie jest ona moją wymarzoną) to tak - dla zdrowych włosów - było warto.

Czy zrobiłabym to drugi raz?
Zdecydowanie nie. Jeśli byłaby konieczność, pozbyłabym się 10 czy 15 cm dla poprawy kondycji włosów, ale nie ścięłabym ich do takiej długości jak w maju 2013 (choć niewykluczone, że w bardzo, bardzo odległej przyszłości wrócę do takiej fryzury).

Jak obecnie wygląda moja pielęgnacja?
Myję włosy codziennie (teraz już wieczorem), delikatnymi szamponami Alterra lub płynem do higieny intymnej Facelle.
Raz na dwa tygodnie oczyszczam włosy szamponem Barwa (różne rodzaje).
Po każdym myciu nakładam odżywkę, w zależności od dnia jest to: Nivea Long Repair, Garnier z olejkiem z awokado i masłem karite.
Dwa razy w tygodniu olejuję włosy olejem kokosowym (czasem mieszam go z arganowym lub lnianym) - ten olej najlepiej sprawdza się na moich włosach. W kolejce do wypróbowania czeka olejek Khadi stymulujący porost włosów.
Olej zmywam łagodnymi szamponami, a następnie nakładam na włosy maskę.
Maski jakie stosuję to: Biovax do włosów suchych i zniszczonych, Kallos Latte, Kallos Algae, Alterra Granat i Aloes. W kolejce do testów czeka maska Bania Agafii - 20 minutowy kompres.
Obecnie wcieram we włosy Jantar i czekam na przesyłkę z Andreą.
Suszę włosy bardzo sporadycznie, nie prostuję ich (nie posiadam prostownicy, ale planuję keratynowe prostowanie w domu więc będę zmuszona kupić i prostownicę).
To tyle jeśli chodzi o moją włosową historię.


Niedługo zakończę testowanie produktów Joico do rekonstrukcji włosów w domu i wtedy pojawi się najbardziej aktualne zdjęcie moich włosów.



Pozdrawiam Was serdecznie,
Hair Majesty






Hej dziewczyny!


W końcu znalazłam trochę czasu i dziś zapraszam Was na drugą część mojej włosowej historii.


Na początku chcę przeprosić za zdjęcia bez koszulek, ale w ten sposób było mi najłatwiej zaobserwować wzrost włosów.


Powyższe zdjęcie zostało zrobione na początku 2012 roku i myślę, że jak na włosy po takich przejściach wyglądały wtedy świetnie, mogła być to zasługa tony silikonów, bo moja pielęgnacja nadal ograniczała się do szamponu Gliss Kur do włosów z rozdwajającymi się końcówkami i odżywki z tej samej serii (niemniej jednak uważam, że to dobre produkty i, o ile uda mi się je znaleźć w UK, to chętnie do nich wrócę).
Długość włosów powoli zaczynała mnie zadowalać i w tym czasie zaczęłam się nimi trochę bardziej interesować, niestety, nie był to temat pielęgnacji. W internecie znalazłam mnóstwo filmików z poradami jak stylizować włosy, jeden z kanałów na youtube (niestety nie pamiętam nazwy) tak mnie zaciekawił, że zdecydowałam się wypróbować sposób na samodzielne wycieniowanie włosów. Efekt mnie załamał:


Wtedy postawiłam na nowo zapuścić włosy do wymarzonej długości (poniżej talii), szukałam sposobów na przyspieszenie wzrostu i tak trafiłam na bloga Anwen. 
No i zaczęło się, ogarnął mnie szał włosomaniactwa. Suplementy, picie drożdży, zmiana pielęgnacji (ograniczenie stosowania silikonów jedynie do zabezpieczania końcówek, olejowanie, oczyszczanie, łagodne szampony, maski i odżywki) i akcesoriów. Po miesiącu intensywnego włosomaniactwa mogłam powiedzieć, że się opłacało:


Przyjaciółka stwierdziła, że włosy na tym zdjęciu są mokre, nie wierzyła, że mogą być tak wygładzone. Jedyny problem jaki miałam to rozdwajające się końcówki, jednak skupiłam się na zapuszczaniu włosów, więc nie było mowy o większym cięciu, skróciłam je o 2 cm. Niestety po jakimś czasie końcówki dały o sobie znać, a ja zamiast postawić na jakość, postawiłam na długość i nie podcinałam włosów. Doprowadziło to do ich przerzedzenia, a uszkodzenia sięgały coraz wyżej, co wpłynęło na wygląd włosów na całej długości Wciąż nastawiona na zapuszczanie, ścięłam tym razem 4 cm.

Końcówki w lipcu 2012
Końcówki w sierpniu 2012 po podcięciu

Stan włosów po podcięciu tej niewielkiej ilości zaczął się poprawiać, jednak w październiku problem znowu się pojawił i stanęłam przed wyborem: długie włosy za cenę ich wyglądu, albo zdrowe, ładnie wyglądające i cierpliwość w zapuszczaniu. W końcu poszłam po rozum do głowy i tak pozbyłam się 10 cm. Całość od razu zaczęła prezentować się lepiej:


Włosy rosły, a ja, kiedy tylko zauważałam rozdwojone końce biegłam do mojego osobistego fryzjera, jakim była mama, i pozbywałam się ich.

Styczeń i luty 2013






W lutym postawiłam na kurację kozieradką, muszę przyznać, że ta wcierka naprawdę działa jeśli chodzi o przyspieszenie wzrostu:


Marzec upłynął pod znakiem irytacji rozdwojonymi końcówkami, co bym nie robiła, one i tak się pojawiały. Dotarło do mnie, że zniszczenia mogą być jeszcze wyżej i to zapoczątkowało marcowy maraton skracania włosów.

Po tym było jeszcze drugie cięcie.

I to była jedna z najlepszych włosowych decyzji jakie podjęłam. Moje włosy po tym kroku, choć krótkie, były w stanie idealnym. Nie mogłam przestać ich dotykać i robić im zdjęć.


Marzę o tym, żeby moje przyszłe włosy do pasa wyglądały tak jak na tym zdjęciu.

Pewnie myślicie, że teraz wstawię aktualne zdjęcie włosów i na tym zakończy się ich historia?  Niestety, w maju 2013 roku zrobiłam coś, czego żałowałam przez długi czas.


Nie wiem co mną kierowało, namowy przyjaciółki, zdjęcia, chęć zmiany, a może obawa przed pojawieniem się rozdwojonych końcówek? Kobieca logika jest naprawdę dziwna. Wychodząc od fryzjera byłam bliska płaczu, kiedy dotarłam do domu puściły wszelkie hamulce.


Nigdy wcześniej nie miałam tak krótkich włosów. Jedynym plusem tej decyzji była możliwość rozpoczęcia dbania o nie od zera.
I tak rozpoczęła się moja prawdziwa walka o długie, zdrowe włosy.



A czy Wy, dziewczyny, skróciłyście kiedyś włosy tak bardzo?

Pozdrawiam Was gorąco.



Cześć dziewczyny!

Po długich miesiącach zastanawiania się czy ma to sens, postanowiłam założyć bloga.
Tak, będzie to kolejny blog urodowo-lifestylowy. Wiem, że w blogosferze istnieją tysiące blogów o podobnej tematyce, ale dlaczego i ja nie mogę posiadać miejsca w sieci, w którym będę gromadziła moje doświadczenia ze światem „urodowym” i nie tylko, przy okazji dzieląc się nimi z innymi osobami? A nuż którejś z Was przydadzą się informacje tu znalezione.

Dziś chciałam podzielić się z Wami moją "włosową historią".
Od dobrych kilku lat jestem zapaloną włosomaniaczką. Obecnie moje włosy są w całkiem niezłym stanie, jednak nie zawsze tak było.
Kiedy byłam dzieckiem, kolor moich włosów bardziej przypominał ciemny blond niż ten, który obecnie mam na głowie (myślę, że proces ciemnienia przebiegał w podstawówce).

Jest to zdjęcie zdjęcia więc nie oddaje dokładnie koloru włosów, w rzeczywistości były jaśniejsze.
Niestety nie mam przy sobie zdjęć z okresu dzieciństwa, ale kiedy wrócę do kraju na pewno uzupełnię tę historię o kilka fotografii

Odkąd pamiętam, zawsze miałam długie włosy - mama często zakręcała mi je na papiloty, robiła różnego rodzaju warkocze lub wysoko upinała kucyk (czego nigdy nie lubiłam, bo po jakimś czasie strasznie bolała mnie od tego głowa – co niestety zostało mi do dzisiaj).
Z ówczesnej pielęgnacji zapamiętałam jedynie regularne wcieranie w skalp wody brzozowej.
Wszyscy zachwycali się moimi długimi i zdrowymi włosami, ja sama byłam z nich bardzo dumna.

Wiele dziewcząt, których włosowe historie czytałam, ścinało włosy po pierwszej komunii - mnie ominął na szczęście szał zmieniania fryzury po tym wydarzeniu, jednak w końcu nadszedł dzień, kiedy postanowiłam radykalnie skrócić włosy; miałam wtedy około 10 lat.
Z długich, średniej grubości, sięgających pasa włosów, zeszłam do krótkich i ledwo dochodzących do ramion. Wracałam zadowolona do domu, gdzie zachwytom nie było końca. Dopiero mama i babcia uświadomiły mi jak, w ciągu kilkunastu minut, moje włosy zyskały na grubości (od tego czasu wszyscy – zwłaszcza fryzjerzy - zwracają uwagę na tę cechę).

Po tym wszystkim włosy zaczęły jeszcze szybciej ciemnieć, przeszły naturalną metamorfozę od ciemnego blondu do ciemnego brązu.
Przez następne dwa lata z włosami nie robiłam nic (oprócz jednorazowego farbowania na koloniach, bez zgody rodziców, farbą z saszetki - kolor śliwkowy nie wyglądał bardzo źle, nawet mi się podobał, jednak po 2 tygodniach się wypłukał).
Do kolejnego, dość mocnego cięcia, doszło w 6 klasie podstawówki – włosy za ucho. Zadowolona nie byłam i postanowiłam więcej nie ścinać włosów. I tak żyły sobie swoim życiem.
W gimnazjum byłam dla nich łaskawa, bo choć nie skupiałam się na ich pielęgnacji (która ograniczała się do mycia jakimkolwiek szamponem, którego akurat używała mama, no i suszenia) to nie katowałam ich prostownicą, jak chyba każda dziewczyna w tym wieku. Nigdy mnie do tego nie ciągnęło, do teraz nie dorobiłam się własnej prostownicy; jedyne na co się skusiłam to karbownica z płytkami prostującymi, ale na palcach jednej ręki mogę policzyć ile razy jej użyłam. Nie potrafiłam zrozumieć dlaczego dziewczyny prostują z natury proste włosy - dopiero po latach zaczęłam tłumaczyć to sobie ich puszeniem.

W liceum moje włosy wyglądały w miarę dobrze, w 2008 roku postanowiłam je wycieniować.


W pewnym momencie zamarzyła mi się zmiana koloru, nie zgadniecie na co postawiłam...
Trzymając się w grupce z dwiema blondynkami postanowiłam, że i ja chcę być blondynką.
Wybrałam najgorszą z możliwych dróg wcielania tego, niezbyt mądrego - a wręcz głupiego - pomysłu w życie.
Przeczuwając, że na tak ciemnych włosach nic może nie wyjść, kupiłam farbę o kolorze jasny blond. Nie wiem jakim sposobem namówiłam mamę na pomoc, ale w ciepły wakacyjny dzień na mojej głowie pojawił się rudawo-brązowy kolor.


Jeśli myślicie, że na tym się skończyło, to niestety muszę was rozczarować. Nie takiego koloru chciałam, więc po kilku dniach pobiegłam po kolejną farbę - mama początkowo nie chciała mi pomóc, ale w końcu się zgodziła.
Po wszystkim byłam przerażona efektem, jednak po kilku dniach przyszło przyzwyczajenie. Z makijażem nie wyglądało to tak źle, jednak ograniczę się do zdjęcia z profilu.


Włosy były w opłakanym stanie - suche, spalone (jednym dniem nadrobiłam lata bez prostownicy), ciągnęły się jak guma, jednak ja się tym nie przejmowałam.
 Blondynką byłam przez całe wakacje. Po kilku dniach w szkole, kiedy odrost zaczął mnie drażnić, postanowiłam wrócić do brązu. Znowu postawiłam na farbę, jednak blond zrobił swoje i w moim odczuciu całość sprawiała wrażenie jakby włosy wszystkie na raz zaczęły siwieć.


Strasznie drażnił mnie ten kolor, więc po około dwóch tygodniach w ruch poszła kolejna farba.


Następnie postanowiłam ściąć włosy do długości z pierwszego w życiu cięcia.


Niestety po jakimś czasie blond zaczął dawać o sobie znać.


Postanowiłam już nie katować włosów farbami, bo blond tak czy inaczej znowu by wyszedł.
Moja pielęgnacja w zasadzie niczym się nie różniła od tej, którą stosowałam w gimnazjum -  sporadycznie zaczęłam używać jakichkolwiek odżywek, co ułatwiało mi rozczesywanie siana, które miałam na głowie.
W kwietniu 2009 moje włosy wyglądały tak:

Zaczęłam wtedy używać szamponu Gliss Kur do włosów zniszczonych z rozdwojonymi końcówkami;
rozdwojonych końcówek oczywiście nie ubyło, ale włosy prezentowały się lepiej już po kilku myciach

Słońce zrobiło swoje i w wakacje prezentowały się już troszkę inaczej:


Mimo określania mnie "ta z odrostami" nie złamałam się i nie przefarbowałam kolejny raz włosów, cierpliwie czekałam aż odrosną (teraz śmieję się, że o kilka lat wyprzedziłam modę na ombre).

W kwietniu 2010 ścięłam aż 6cm i zafarbowałam końcówki na brąz, ale jak to bywało wcześniej, blond wyszedł.

Zdjęcie z sierpnia 2010



Potem były już tylko kolejne cięcia blond końcówek, aż w marcu 2011 roku pozbyłam się ich całkowicie: 



Od tamtej pory pozwoliłam włosom swobodnie rosnąć, jednak cały czas miałam problem z rozdwajającymi się końcówkami. W dalszym ciągu stosowałam szampon Gliss Kurr, raz na jakiś czas dla odmiany używałam Head&Shoulders dla włosów przetłuszczających się i Mr. Potter.
Pewnego dnia zauważyłam mgiełkę Radical do włosów zniszczonych i wypadających, którą kupiła sobie mama. Zaczęłam jej używać, a efekty pojawiły się po pierwszym tygodniu - włosy sprawiały wrażenie gęstszych/grubszych, stały się zdecydowanie mocniejsze i bardziej lśniące.
To jednak nie koniec historii moich włosów, wiele jeszcze ze mną przeszły, choć nigdy już ich nie skrzywdziłam w podobny sposób.


A Wy miałyście podobne historie?
Dajcie znać czy chcecie się dowiedzieć jak potoczyły się losy moich włosów po 2011 roku.


Pozdrawiam Was serdecznie.