Najnowsze wpisy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Jakiś czas temu, za sprawą serii wpisów u Anwen, pojawił się wysyp postów o ulubionych maskach emolientowych. Zauważyłam, że w wielu takich wpisach przewijała się Aktywna Czarna Maska do włosów na bazie Szungitu "Wzrost i Gęstość". Tak się składa, że od dłuższego czasu jestem jej posiadaczką. Czy szczęśliwą?


Byłam bardzo ciekawa tego produktu, zwłaszcza, że jest to maska o składzie emolientowym, a takie właśnie składy są najbardziej lubiane przez moje włosy, o czym wspominałam we wpisie na temat maski Biovax do włosów suchych i zniszczonych.

Czego dowiadujemy się od producenta?

Aktywna czarna maska na bazie szungitu - dzięki unikalnej kombinacji naturalnych składników poprawia krążenie krwi w skórze głowy, zapobiega przerzedzeniu włosów, zwiększa ich żywotność, wzmacnia korzenie, stymuluje wzrost, a włosy stają się silne i zdrowe.
Bardzo aktywny karelski szungit poprawia krążenie krwi w skórze głowy, nasyca podstawowymi pierwiastkami, wzmacnia cebulki włosów, ma działanie antyoksydacyjne. Olejki eteryczne z imbiru i cytryny zwiększają krążenie krwi i stymulują wzrost włosów, dają uczucie świeżości. Ekstrakty z rozmarynu, tymianku i eukaliptusa wzmacniają włosy i stymulują wzrost, pomagają wyeliminować łupież. Szafran i mirt ma działanie przeciwzapalne, odżywiają i zmiękczają włosy. Bezbarwna henna wzmacnia włosy i odbudowuje uszkodzoną strukturę, pobudza mieszki włosowe, powoduje aktywny wzrost włosów. Masło shea i monoi chroni włosy przed rozdwajaniem końcówek i przywraca blask.


Skład:

Aqua (demineralizowana woda szungitowa), Cetearyl Alcohol, Ceteareth-3, Behentrimonium Chloride, Hydroxyethylcellulose, Soybean Glicerides, Ekstrakty: Rosmarinus Officinalis (ekstrakt z rozmarynu), Thymus Serpyllum (ekstrakt z tymianku), Eucalyptus Globus (ekstrakt z eukaliptusa), Myrtus Communic (ekstrakt z mirtu), Crocus Sativus Flower (ekstrakt z szafranu), Lawsonia Inermis (henna), Rosa Damascena (ekstrakt z róży damasceńskiej),  Butyrospermum Parkii Butter (masło Shea), Cocos Nucifera Oil (olej kokosowy), Gardenia Tahitansis Flower (olej z monoi), Pelos (szungit), Cytrus Medical Limonium Essential (olej z limonki), Zingiber Officinale (olej z imbiru), Tetrasodium EDTA, Citric Acid, Methylparaben, Methylisothiazolinone, Perfum. 


Opis maski:

Produkt dostajemy w czarnym słoiczku o pojemności 220 ml - to dość sporo zważając na to, że maska jest całkiem wydajna, choć konsystencja nie należy do gęstych. Maska ma ciemnoszary kolor i ubogacona jest czarnymi drobinkami - jak można się domyślić, są to drobinki szungitu.


Czym jednak jest szungit?
Szungit to jeden z naturalnie występujących w przyrodzie minerałów zawierających węgiel. Przez naszych przodków używany był do poprawiania jakości wody pitnej. Minerał ten ma wiele właściwości leczniczych, o których można przeczytać w Internecie, nas jednak interesuje jego wpływ na włosy i skórę głowy. Płukanka z wody szungitowej chroni włosy przed wypadaniem, zapobiega łysieniu i działa przeciwłupieżowo, ponadto wzmacnia cebulki włosów i pozostawia włosy błyszczące i jedwabiste w dotyku.


Moja opinia

Czarna maska to pierwszy rosyjski kosmetyk, na który się zdecydowałam. Moim włosom trudno dogodzić jeśli chodzi o emolientowe kosmetyki. Przyznam, że po pierwszym użyciu tej maski nie byłam zadowolona - z włosami nie zrobiła nic dobrego, a wręcz wyglądały jakbym lekko przesadziła z proteinami. Szybko z niej zrezygnowałam i z podkulonym ogonem wróciłam do odżywki Garnier - Awokado i masło karite. 
Jednak gdy w grudniu ubiegłego roku zanim zaopatrzyłam się w wyżej wspomniany Biovax, musiałam wspomóc się czymś o dłuższym działaniu niż odżywka, a z racji tego, że wyjeżdżając z kraju zabrałam ze sobą swoje "włosowe zapasy", postanowiłam dać czarnej masce drugą szansę.
Tym razem dodałam do niej kilka kropli oleju kokosowego, który jest uwielbiany przez moją czuprynę. Rozprowadziłam maskę na całej długości włosów, zawinęłam w koczek, nałożyłam czepek i zostawiłam na 30 min. Zazwyczaj kiedy zmywam maski, potrafię wyczuć czy dany produkt zadziałał pozytywnie (włosy są mega gładkie) - przy tej masce nie czułam takiego efektu, a na pewno nie był on taki jak np. przy Biovax. Jednak kiedy moje włosy wyschły i doszły do siebie (zazwyczaj potrzebują 2-3h na domknięcie łusek; płukanki itp. niewiele pomagają), były dość gładkie i - standardowo po kokosie - dociążone. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się takiego efektu - byłam raczej nastawiona sceptycznie, zwłaszcza że olej kokosowy widnieje w składzie tego produktu, jednak jest uplasowany dość nisko. Od tamtej pory czarnej maski używam częściej, ale raczej nie zdecyduję się na kolejny zakup, bo skoro inne, łatwiej dostępne i tańsze maski dają zdecydowanie lepszy efekt, to nie widzę w tym większego sensu.

 
Swój egzemplarz kupiłam TUTAJ, za około 20 zł + przesyłka; obecnie cena jest niższa, więc jeśli chcecie sprawdzić działanie czarnej maski do włosów na bazie szungitu to macie do tego dobrą okazję. :)



Co z tą Andreą?

Kilka tygodni temu wspominałam Wam o moim problemie z wcierką Andrea, podjęłam wtedy drugą próbę wcierania. Niestety, okazało się, że za stan skóry głowy podczas kuracji odpowiada główny bohater, czyli sama wcierka. Tym razem objawy, które opisywałam w TYM poście pojawiły się już po kilku dniach wcierania, dlatego też byłam zmuszona przerwać kurację. Ale przecież "do trzech razy sztuka" - postanowiłam dać Andrei ostatnią szansę i jak tylko wrócę z Polski zacznę ją stosować według zaleceń producenta, czyli dodając do szamponu. 

P.S. Zaplanowałam dla Was mały konkurs, aby będąc w Polsce móc wysłać Wam nagrody. Szczegóły już niedługo! :)
 


 
Miałyście okazję używać tej maski?




Pozdrawiam Was serdecznie


Półmetek wakacji już prawie za nami, Słońce mocno przygrzewa, a temperatury bywają nie do zniesienia.
Jednak ja w takich warunkach czuję się jak ryba w wodzie - mogłabym godzinami przesiadywać na słońcu, czy to na plaży, czy w ogródku. Jednak czy jest to dobre dla skóry i włosów?

Moja skóra regeneruje się pod wpływem Słońca. Wygląda zdecydowanie zdrowiej, kiedy jest opalona; kiedyś z tego powodu potrafiłam wystawiać się na najmocniejsze promienie i leżeć tak przez kilka godzin i to (o zgrozo!) bez jakiegokolwiek zabezpieczenia. Skóra wyglądała o niebo lepiej niż przed opalaniem, ale szkody jakie jej w ten sposób wyrządziłam są nieodwracalne i za kilka lat z pewnością zacznę je dostrzegać.


Ochrona skóry twarzy
 
Jakiś czas temu przeczytałam książkę "Sekrety urody Koreanek" autorstwa Cho Charlotte, pod wpływem której postanowiłam zmienić swoje nawyki pielęgnacyjne. Jednym z 10 kroków koreańskiego rytuału pielęgnacyjnego jest nakładanie na twarz kremu z filtrem - jest to najważniejszy krok, którego absolutnie nie można pominąć, niezależnie od pory roku.


Swoje pierwsze kroki po przeczytaniu książki skierowałam do laptopa w poszukiwaniu najlepszego kremu z filtrem, a następnie udałam się do drogerii i zaopatrzyłam się w takowy.

Zależało mi na tym by krem, który będę nakładać na twarz, nie pozostawiał tłustej, świecącej warstwy, jak to mają w zwyczaju kremy z filtrem. Moja twarz świeci się wystarczająco bez kremu, dlatego też zdecydowałam się na krem marki Vichy - Ideal Soleil Mattifying Face Dry Touch SPF30.

 

Opis producenta:

Krem matujący do twarzy SPF30.
Wysoka ochrona skóry wrażliwej.
Lekka formuła kremu zapobiega błyszczeniu skóry, zapewniając długotrwały, matowy efekt.
Chroni przed promieniowaniem UVB i UVA.
Wodoodporny, fotostabilny, hipoalergiczny, bez parabenów.  


Skład:

AQUA / WATER - ALCOHOL DENAT. - DIISOPROPYL SEBACATE - SILICA - BUTYL METHOXYDIBENZOYLMETHANE - CI 77891 / TITANIUM DIOXIDE - C12-15 ALKYL BENZOATE - OCTOCRYLENE - ISOPROPYL LAUROYL SARCOSINATE - ZEA MAYS STARCH / CORN STARCH - ETHYLHEXYL TRIAZONE - POLY C10-30 ALKYL ACRYLATE - GLYCERYL STEARATE - BEHENYL ALCOHOL - METHYLENE BIS-BENZOTRIAZOLYL TETRAMETHYLBUTYLPHENOL [NANO] / METHYLENE BIS-BENZOTRIAZOLYL TETRAMETHYLBUTYLPHENOL - AMMONIUM POLYACRYLDIMETHYLTAURAMIDE / AMMONIUM POLYACRYLOYLDIMETHYL TAURATE - CAPRYLYL GLYCOL - CETYL ALCOHOL - DECYL GLUCOSIDE - DISODIUM EDTA - DISODIUM ETHYLENE DICOCAMIDE PEG-15 DISULFATE - DROMETRIZOLE TRISILOXANE - GLYCERYL STEARATE CITRATE - PHENOXYETHANOL - SODIUM HYALURONATE - TEREPHTHALYLIDENE DICAMPHOR SULFONIC ACID - TRIETHANOLAMINE - XANTHAN GUM - PARFUM / FRAGRANCE


Moja opinia

Krem ma lekką, mleczną konsystencję i strasznie szybko się wchłania, dlatego trzeba go sprawnie rozprowadzać na skórze. Przy takiej szybkości wchłaniania okazuje się, że krem jest mało wydajny przy codziennym stosowaniu, a jego cena nie należy do niskich, bo za 50 ml zapłacimy ok. 42 zł. Jednak jest jeden pozytyw tej szybkości wchłaniania - nie musimy czekać z nakładaniem makijażu.
Długo szukałam kremu matującego wśród stworzonych specjalnie w tym celu, niewiele zdawało egzamin - teraz mam krem, który świetnie matuje, chroni przed słońcem, a dodatkowo nie pozostawia tłustego filmu na twarzy, przez co idealnie nadaje się pod makijaż. Nie zapycha porów i jest wodoodporny.


Niestety Ideal Soleil posiada wady. Jedną z nich na pewno jest cena, kolejną są smugi jakie pojawiają się na skórze, kiedy nałożymy zbyt dużą ilość kosmetyku - potrafi się też wtedy rolować, jednak jeśli nałożymy odpowiednią ilość, nic złego nie powinno się stać. Krem ma również problemy z zarostem, co zaobserwowałam na twarzy mojego chłopaka, w okolicach zarostu również się roluje i pozostawia białe ślady. O ile na plaży nie robi to problemu, o tyle w innych miejscach wygląda to nieestetycznie i jest moim zdaniem niedopuszczalne.


Moim zdaniem produkt spełnia swoją funkcję idealnie na twarzy bez zarostu - świetny dla kobiet. Chcę przetestować jeszcze jeden krem do twarzy z filtrem, jakim jest La Roche-Posay Anthelios AC Anti-Shine Matte Fluid SPF30, jednak do tego czasu Vichy Ideal Soleil pozostaje moim ulubieńcem.



Ochrona włosów

Nigdy nie zabezpieczałam jakoś szczególnie włosów przed Słońcem. Moja ochrona włosów polega na wtarciu olejku w końcówki; latem dochodzi ochrona przed słoną, morską wodą, w postaci związywania włosów w koczek i sporadycznie nakładanie jakiegoś okrycia na głowę.
Niedawno przypadkowo trafiłam w drogerii na kosmetyk mający za zadanie chronić włosy przed promieniami słonecznymi i od razu wylądował w moim koszyku, jako że wybierałam się do upalnej Hiszpanii.
Mowa o kosmetyku Charles Worthington Sunshine Protector. 



Spray dostajemy w małej, żółto-różowej buteleczce o pojemności 50 ml.
Produkt zawiera wygładzające i nawilżające składniki aktywne olejku z nasion Moringa, które mają za zadanie chronić włosy przed szkodliwym działaniem Słońca podczas opalania i po kąpieli. Jest prosty w użyciu, wystarczy spryskać nim wilgotne włosy i przeczesać. Ma przyjemny, owocowy zapach, a olej z nasion Moringa jest bardzo wysoko w składzie, bo na czwartym miejscu. Produkt zawiera sporo silikonów. Nie potrafię stwierdzić czy spray zadziałał na moich włosach, włosy nim pokryte niczym nie różniły się od tych niepokrytych, jedynie można było wyczuć zapach. Myślę jednak, że działanie takiego produktu jest niewidoczne, no bo jak ma się objawić? W każdym razie ja, przez cały urlop, byłam spokojniejsza o moje włosy, mając świadomość, że są chronione przed szkodliwym promieniowaniem słonecznym.



Pamiętacie o zabezpieczaniu skóry i włosów przed promieniowaniem UV?
Jakich produktów używacie w tym celu?


Pozdrawiam
HM




Wyjeżdżając z Polski zabrałam ze sobą naprawdę ogromną ilość kosmetyków, niestety zabrakło wśród nich mojej sprawdzonej bazy pod cienie z Avonu. Początkowo mi jej nie brakowało, jako że rzadko nakładam cienie na powieki. Jednak kiedy moja pierwsza wypłata wpłynęła na konto, postanowiłam sprawić sobie nową kolorówkę, a więc potrzebowałam również dobrej bazy.



Przeczytałam dużo pozytywnych opinii o bazie pod cienie Hean Stay On. Wiele blogerek uznało ją za bazę idealną, dlatego zdecydowałam się na zakup i to podwójny, ponieważ byłam prawie w 100% pewna, że pojemność jednego opakowania będzie niewystarczająca, podobnie jak pojemność bazy Avonu.
Myliłam się, baza znajduje się w słoiczku o pojemności 14g - jak na bazę to naprawdę sporo. Moim zdaniem nawet za dużo.


Co mówi producent?

Utrwalająca i wygładzająca baza pod cienie prasowane i sypkie. Wzmacnia intensywność koloru, utrwala cienie i ułatwia ich aplikację. Nie pozostawia tłustego filmu.  

 Dla tych z Was, które są ciekawe składu:

C11-13 Isoparaffin, Talc(and)Triethoxycaprylylsilane, Ozokerite, VP/Hexadecene Copolymer, Mica, Polyethylene, Ethylparaben, Isopropyl Mirystate, Limnanthes Alba(Meadowfoam)Seed Oil, Isohexadecane, VP/Eicosene Copolymer, Carthamus Tinctorius(Safflower)Seed Oil(and)Prunus Amygdalus Dulcis(Sweet Almond)Oil(and)Tocopheryl Acetate(and)Ascorbyl Palmitate(and)Linoleic Acid, Parfum, Benzyl Salicylate, Citronellol, Coumarin, Geraniol, Synthetic Fluorphlogopite, [+/- CI 77891, CI 77491, CI 77492, CI 77499].C11-13 Isoparaffin, Talc(and)Triethoxycaprylylsilane, Ozokerite, VP/Hexadecene Copolymer, Mica, Polyethylene, Ethylparaben, Isopropyl Mirystate, Limnanthes Alba(Meadowfoam)Seed Oil, Isohexadecane, VP/Eicosene Copolymer, Carthamus Tinctorius(Safflower)Seed Oil(and)Prunus Amygdalus Dulcis(Sweet Almond)Oil(and)Tocopheryl Acetate(and)Ascorbyl Palmitate(and)Linoleic Acid, Parfum, Benzyl Salicylate, Citronellol, Coumarin, Geraniol, Synthetic Fluorphlogopite, [+/- CI 77891, CI 77491, CI 77492, CI 77499].


Moje spostrzeżenia

Słoiczek, w którym znajduje się baza, jest wykonany z grubego, przezroczystego plastiku i posiada czarną zakrętkę, pod którą znajdujemy dodatkowe zabezpieczenie w formie sreberka.
Jedyny minus opakowania to właśnie wieczko - nie wiem czy tylko moje egzemplarze tak mają, ale naprawdę czasem ciężko się je zakręca.

Baza w słoiczku ma kremowy, satynowy kolor, jednak po nałożeniu na powiekę jest zupełnie niewidoczna.
Posiada delikatny, przyjemny - jakby lekko perfumowany - zapach.
Jeśli chodzi o wydajność produktu to jest ona ogromna - wystarczy niewielka ilość, aby pokryć całą powiekę.




Produkt ma kremową, bardzo gęstą (w słoiczku) i lekko tłustawą konsystencję, jednak podczas aplikacji staje się aksamitny i nie pozostawia tłustej warstwy.

Cena bazy to 14,99 zł - za taką pojemność to naprawdę dobra cena.


Jak baza sprawdziła się u mnie?

Jeszcze przed chwilą ten post, a raczej zawarta w nim moja opinia, wyglądała zupełnie inaczej. Początkowo baza Hean się u mnie nie sprawdzała - po kilku godzinach cienie zbierały się w załamaniach - jednak przed opublikowaniem recenzji postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę. Tym razem cienie trzymały się dłużej, makijaż wyglądał idealnie przez ponad 9 godzin, ale... tylko na jednej powiece, druga zaliczyła niestety wpadkę z powyższym problemem. Niestety nie mam pojęcia co mogło być przyczyną, jednak to skłoniło mnie do kolejnej próby. Bazę nałożyłam kilka minut przed aplikacją cieni, była to grubsza warstwa niż poprzednio i tym razem w końcu się udało. Od tamtej pory baza za każdym razem spisuje się na medal.

A więc jaka jest moja ostateczna opinia na temat bazy Hean?
Zgadzam się z tym, że wzmacnia intensywność kolorów (co potwierdzam zdjęciami poniżej), ułatwia nakładanie cieni, które trzymają się powieki i nie osypują się, makijaż wygląda perfekcyjnie przez niemalże cały dzień. W dalszym ciągu nie odkryłam powodu początkowych niepowodzeń w mojej relacji z tą bazą, jednak  podejrzewam, że mogła to być aplikacja zbyt cienkiej lub zbyt grubej warstwy kosmetyku.


Jak pisałam wyżej, sprawdziłam prawdziwość obietnicy wzmocnienia intensywności koloru, same zobaczcie:


 


Wygląda na to, że znalazłam idealną bazę pod cienie i wcale nie zajęło mi to wiele czasu, w końcu to dopiero mój drugi produkt tego typu.



Macie doświadczenia z tą bazą?
Jakie są Wasze ulubione bazy pod cienie?





Pozdrawiam
HM






O ile mnie pamięć nie myli to już od ponad 2 lat używam gumek Invisibobble. Co prawda kupiłam tylko jedno pudełeczko, ale 15 zł za 3 gumki to jednak był wtedy dla mnie spory wydatek. Cena była głównym powodem przez który - kiedy dwie z trzech gumek zgubiłam - nie ponowiłam zakupu.


Invisibobble używałam zazwyczaj do spinania włosów na noc w koczek - świetnie sprawdza się w tej roli, a w ciągu dnia, jeśli robiłam kucyk, to używałam zwykłych gumek. Teraz, kiedy podjęłam pracę, w której wygodniejszym rozwiązaniem jest związanie włosów (co też przekłada się na ich kondycję - po 9h w pracy z rozpuszczonymi włosami spędzałam trochę czasu na ich rozczesaniu i rozplątaniu kołtunów, co często kończyło się tragicznie dla końcówek), postanowiłam zaopatrzyć się w większą ilość popularnych sprężynek. Dlaczego odłożyłam na bok zwykłe gumki? Z prostego powodu jakim są odkształcenia, jakie pozostawiają na włosach po tak długim czasie. Obawiałam się również, że codzienne, ciasne związywanie włosów gumką w tym samym miejscu w końcu może je uszkodzić. Ponadto wszystkie wiemy, że częste, ciasne upinanie włosów nie wpływa dobrze na cebulki - u mnie po jakimś czasie pojawia się ból głowy, a raczej jej skóry.

Z własnego doświadczenia wiem, że Invisibobble nie odkształcają włosów i nie powodują bólu głowy, co jest dla mnie ważne przy całodziennym noszeniu kucyka/koczka - właśnie to wpłynęło na decyzję o ponownym zakupie.
Niestety, w angielskich drogeriach nie znalazłam oryginalnych sprężynek, a z podróbkami nie chcę ryzykować, dlatego postanowiłam zamówić je przez Internet. Podczas poszukiwań odkryłam, że producent gumek ma w swojej ofercie dwie inne propozycje:


Invisibobble Nano
Foto @ Invisibobble.com

Ten rodzaj gumek ma mniejszą średnicę niż oryginał, za czym idzie fakt rzadszych spirali. Te cechy sprawiają, że Invisibobble Nano jest świetnym akcesorium do zabezpieczenia warkoczy czy mniejszych sekcji włosów np. dwóch kucyków. Myślę, że może również zastąpić oryginał u posiadaczek bardzo cienkich włosów.


Invisibobble Power
Foto @ Invisibobble.com

Invisibobble Power mają zapewniać mocny uchwyt podczas uprawiania sportu, tym samym wysoko upięty kucyk nie powinien opadać. Gumka nie wchłania potu i może być bez problemu wyjęta z mokrych włosów. Moim zdaniem to dobre rozwiązanie dla tych z Was, dla których wersja oryginalna była zbyt słaba aby utrzymać kucyk na miejscu.

Na moje szczęście gumki te były dostępne na eBay. Invisibobble Nano nie są mi potrzebne, więc zdecydowałam się tylko na kilka oryginałów i jedną paczuszkę Power.
Dzisiaj mam dla Was porównanie obu wersji.


Co mówi producent?


Invisibobble Original

- nie pozostawiają śladów,
- nie powodują bólu głowy,
- nie powodują rozdwajania końcówek,
- mocno trzymają włosy,
- przeznaczone dla wszystkich rodzajów włosów.


Po lewej: Invisibobble Power. Po prawej: Invisibobble Original


Invisibobble Power

- ekstra mocny uchwyt,
- nie powodują bólu głowy,
- nie powodują rozdwajania końcówek,
- antyalergiczne,
- nie wchłaniają płynów,
- przeznaczone dla posiadaczek grubych włosów oraz dla osób aktywnych.


Moja ocena

Obecnie używam obu wersji, jednak nie mogę wskazać lepszej; każda ma swoje plusy i minusy.

Oryginalna sprężynka jest zdecydowanie mniejsza od swojej młodszej siostry i na pewno cieńsza. Już kiedy biorę obie gumki do ręki czuję różnicę, między innymi w wadze (Original jest lżejsza); mam też wrażenie, że Power jest zrobiona z innego materiału, trudniej ją rozciągnąć i szybciej niż podstawowa wersja wraca do naturalnego kształtu. Spirale w Power są ułożone ciaśniej - jest ich po prostu więcej i są grubsze, stąd mocniejszy uchwyt.




Invisibobble Original nie sprawdzi się przy grubszych i/lub cięższych włosach, najzwyczajniej w świecie nie potrafi utrzymać kucyka na miejscu, a jego ciągłe poprawianie jest dość uciążliwe. Jednak dla posiadaczek cieńszych i/lub lżejszych włosów będzie ona wystarczająco dobra. Jak pisałam na początku, Original spisuje się fantastycznie przy nocnych koczkach, które pozostają na miejscu przez całą noc. Tę wersję łatwo usunąć z włosów, jest ona bardzo sprężysta, łatwo ją rozciągnąć i zdjąć nie wyrywając i nie plącząc przy tym włosów.

Jeśli chodzi o Invisibobble Power to jest to dobra opcja dla posiadaczek grubych włosów, u których nie sprawdził się oryginał. Mocniejszy uchwyt dłużej utrzyma kucyk na miejscu, jednak przy intensywniejszych aktywnościach będzie wymagał on poprawki, a to z kolei nie będzie już tak łatwe jak przy użyciu Original. Ciaśniej ułożone spirale utrudniają ściągnięcie gumki z włosów, które łatwo w nią zaplątać. Nie testowałam jeszcze tej sprężynki na koczku, ale myślę, że jeśli poprzedniczka radzi sobie tak dobrze, to i ta wersja dałaby sobie świetnie radę - jednak po co uciskać włosy mocniej, skoro lżejszy uchwyt spełnia swoje zadanie w tej kwestii?



Przed wyborem gumki Invisibobble trzeba określić typ swoich włosów - jeśli są cienkie i/lub lekkie, zdecydowanie wystarczy Original, a może nawet Nano, te jednak nie sprawdzą się podczas uprawiania sportów. Z kolei jeśli mamy włosy grube i/lub ciężkie, na pewno lepszym wyborem będzie Power.


Znacie Invisibobble Power lub Nano?
Może używałyście ich już wcześniej i macie swoją faworytkę?



Pozdrawiam serdecznie
HM






Czekałam z tym wpisem do czasu, aż minie miesiąc od zabiegu - to właśnie dziś, dlatego czas na recenzję chińskich kosmetyków do samodzielnego keratynowego prostowania włosów PURC Pure Keratin.



Już od jakiegoś czasu chodził za mną zabieg keratynowego prostowania włosów - nie chodziło mi o efekt prostych włosów (bo takie, jak już wiecie, mam z natury), a o odżywienie i regenerację struktury włosa oraz pozbycie się na jakiś czas odkształceń na przednich partiach włosów.
Długo zwlekałam z realizacją tego pomysłu, ceny w salonach fryzjerskich nie zachęcały do skorzystania z oferty. W końcu w Internecie trafiłam na recenzje chińskich kosmetyków przeznaczonych do tego zabiegu. Początkowo nie byłam przekonana - jestem zrażona do azjatyckich produktów, a to przecież kosmetyk, który miałabym nakładać na włosy. Jednak po przeczytaniu pozytywnych opinii postanowiłam zaryzykować, zwłaszcza, że cena zachęcała do zakupu.


Gdzie kupić?

Swój zestaw zakupiłam na AliExpress, u TEGO sprzedawcy za £8,49, przesyłka była darmowa. Wiedziałam, że muszę uzbroić się w cierpliwość oczekując na paczkę, jednak po 3 tygodniach od zamówienia zostałam pozytywnie zaskoczona wizytą listonosza z przesyłką z Chin.


Skład zestawu

Zestaw zawiera dwie buteleczki kosmetyków, każda o pojemności 100 ml, oraz instrukcję.
Mój sprzedawca dodaje w gratisie malutki ręczniczek.


PURC Pure Keratin Pre-treatment Purifying Shampoo - głęboko oczyszczający szampon, który ma usunąć z włosów pozostałości kosmetyków i inne zanieczyszczenia, przygotowując je tym samym do przyjęcia keratyny.


Skład: Water, Ammonium Louryl Sulfate, Sodium Laureth, Human Hair Keratin Palm Krenelamide Dea, Tetrasodium EDTA, Comfrey Root Extract, Rosemery Extract,  Nettle Extract, Chamomile Extract, Sodium Thiosulfate, Parfum, Citric Acid, Methylparaben, Propylparaben, Grapeskin Extract


PURC Pure Hair Reconstructor Keratin Treatment - odżywka, to właśnie ona odpowiedzialna jest za efekty zabiegu, i to właśnie ona zawiera keratynę.


Skład: Aqua, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Hydrolyzed Keratin, Behentrimonium Chloride, Cetrimonium Chloride, Sodium PCA, Parfum, Cycplopentasiloxane, Dimethicone, Dimethicone Crosspolymer, Cyclomethicone, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Methanal, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, CI16035, CI15985


UWAGA! Odżywka zawiera w swoim składzie 5% stężenie formaldehydu, który kryje się pod nazwą Methanal.
Formaldehyd jest silnie trującym gazem. To on odpowiedzialny jest za pieczenie, a nawet łzawienie oczu oraz podrażnienie dróg oddechowych podczas wykonywania zabiegu keratynowego prostowania. Jest to składnik dozwolony do stosowania w kosmetykach w ograniczonym stężeniu.


Czego potrzebujemy do przeprowadzenia zabiegu?

Przed rozpoczęciem keratynowego prostowania, oprócz kosmetyków będziemy potrzebować następujących rzeczy:

- suszarka,
- prostownica,
- grzebień,
- pędzelek do nakładania preparatu,
- rękawiczki ochronne,
- ręcznik lub koszulka spisana na straty. ;)

Ze względu na obecność formaldehydu, polecam zaopatrzyć się również w maskę i okulary ochronne.


Jak przebiega zabieg?

Przed nami 6 kroków, na każdy z nich musimy przeznaczyć trochę czasu.
Zabieg jest czasochłonny, trzeba wygospodarować sobie 2, a nawet 3.5h (jeśli ma się dwie lewe ręce jak ja).


KROK 1

Pierwszym krokiem jest umycie włosów szamponem PURC Pure Keratin Pre-treatment Purifying Shampoo.
Jeśli stosujemy środki chemiczne, takie jak farby czy rozjaśniacze, myjemy włosy 2 razy, jeśli nie - czynność powtarzamy 3 razy.

KROK 2

Suszymy włosy, aż będą w 100% suche.

KROK 3

Rozczesujemy włosy, dzielimy na pasma i każde z nich pokrywamy odżywką PURC Pure Hair Reconstructor Keratin Treatment, zachowując odpowiednią odległość od skóry głowy (2-3 cm).
Po nałożeniu preparatu na poszczególne pasma dobrze jest przeczesać je grzebieniem aby mieć pewność, że kosmetyk został równomiernie rozprowadzony.

KROK 4

Nakładamy na włosy foliowy czepek i czekamy 20-30 min.

KROK 5

Ponownie suszymy włosy, aż będą suche w stu procentach.

KROK 6

Ostatnią czynnością jest wyprostowanie włosów. W tym celu rozgrzewamy prostownicę do 200-230°C. Następnie dzielimy włosy na cienkie pasma i każde z nich traktujemy prostownicą 5-7 razy (jeśli włosy są bardzo kręcone - 7-10 razy).

Włosy nie powinny być ani myte, ani też zwilżane wodą przez 72 godziny. Jeśli przez przypadek zmoczymy włosy, należy je od razu wysuszyć i wyprostować.
Przez ten czas nie wolno ich również związywać ani w żaden sposób odkształcać, np. zakładając za ucho. Jeśli rano po przebudzeniu widzimy, że włosy się odkształcił,y powinnyśmy je wyprostować.


Moje wrażenia i efekty.

Po umyciu moje włosy były lekko napuszone, czego nie widać na poniższym zdjęciu, nie były jednak tak bardzo "tępe", jak to bywa po umyciu i nie nałożeniu odżywki/maski.

Włosy przed i po umyciu szamponem oczyszczającym PURC


Kolejne etapy po oczyszczeniu i wysuszeniu włosów były dla mnie największym problemem i gdybym musiała to w całości zrobić sama, to zapewne spędziłabym nad tym nie 3.5, a co najmniej 4.5 godziny! W tym miejscu następują ukłony w stronę mojego partnera, który (sic!) ma większe doświadczenie w prostowaniu włosów niż ja.
Początkowo to on nakładał kosmetyk na moje włosy, ale nie wytrzymał mojego ciągłego marudzenia w stylu "jeszcze tu, o i tutaj, a tu za mało" ;), dlatego zamieniliśmy się i z pokoju, gdzie siedziałam przy otwartym balkonie, musiałam przenieść się do łazienki bez okna.
O ile nakładanie produktu na włosy jakoś przeżyłam, o tyle suszenie i prostowanie były torturami dla moich oczu, gardła i nosa - na nic zdało się otwarte okno, maska i okulary. Oczy piekły i łzawiły, a kaszel i drapanie w nosie nie odpuszczały. To były najgorsze etapy tego zabiegu.
Włosy po nałożeniu keratyny i wysuszeniu były bardzo sztywne i łatwo było je splątać podczas suszenia, co zresztą widać na zdjęciu poniżej.


Po nałożeniu keratyny

Jak już pisałam, prostowania podjął się mój chłopak z racji tego, że ja prostownicę w rękach miałam kilka razy w życiu, a on często prostował włosy swojej siostry, stąd też jego większe doświadczenie w tym temacie. Sama nie dałabym rady dokładnie przeprowadzić prostowania.

Moje włosy (a może ja sama) nie lubią się z prostownicą, dlatego rozgrzałam ją do 170°C, a nie do zalecanych 200°C. Dodatkowym argumentem za tym krokiem jest to, że moje włosy nie są nawet odrobinę falowane.


Po wyprostowaniu widać jak nierówno były podcięte

Po prostowaniu włosy zostały podcięte maszynką; pozbyłam się w ten sposób ewentualnych zniszczeń na końcówkach spowodowanych prostowaniem (mam na tym punkcie bzika).


I tak nierówno :D

Włosy po zabiegu były proste, niesamowicie gładkie, nie zbijały się też w strąki, ale jednak miałam spore problemy przy ich rozczesywaniu po pracy (nawet kosmetyk zbierał się na TT). Były też niestety bardzo ciężkie, przyklapnięte i matowe.
Noszenie rozpuszczonych włosów w pracy było dość uciążliwe, a już zwłaszcza kiedy nie mogłam założyć ich za ucho czy podpiąć spinką. Jednak rekompensowały mi to komplementy płci przeciwnej w stylu "twoje włosy wyglądają jakbyś wyszła od stylistki".
W pierwszy dzień po keratynowym prostowaniu włosy zostawiłam same sobie i wyglądały tak:


Pierwszy dzień po zabiegu



Jednak drugiego i trzeciego dnia byłam zmuszona użyć suchego szamponu - nigdy tak bardzo nie marzyłam aby móc w końcu umyć włosy.

Dzień drugi

Dzień trzeci, na chwilę przed pierwszym myciem


Podcinanie bezpośrednio po zabiegu okazało się nietrafionym pomysłem, ponieważ przez kolejne 3 dni codziennie rano traktowałam włosy prostownicą, aby pozbyć się odkształceń powstałych w czasie snu. Dlatego po pierwszym myciu włosy znowu zostały podcięte i w sumie pozbyłam się 3 cm.


Po pierwszym myciu i kolejnym podcięciu końcówek


Miesiąc po zabiegu

Obecnie mija miesiąc po keratynowym prostowaniu. Tak jak pisałam na początku - na zabieg zdecydowałam się ze względu na chęć regeneracji włosów, choć nie ukrywam, że po cichu liczyłam na długotrwałe wyprostowanie, jednak to nie było moim głównym celem. Na pewno bardzo chciałam pozbyć się odkształconych od zakładania za ucho przednich pasm i miałam ogromną nadzieję, że ten zabieg mi w tym pomoże.

Czy efekty się utrzymują?
Efekt odżywionych i wygładzonych włosów - owszem, wyprostowanych - niekoniecznie.
Po miesiącu włosy nadal są gładkie, nie tak jak na początku i po pierwszym tygodniu, ale jednak. Nie puszą się i nie mam z nimi problemu po myciu (nie potrzebują kilku godzin na dojście do siebie). Niestety nie są już idealnie proste; na pewno nie wróciły całkiem do stanu sprzed prostowania, jednak widzę, że końcówki żyją już swoim życiem, a to na czym najbardziej mi zależało, czyli odkształcenia od zakładania za ucho, powróciły na swoje miejsce.


Lekko odkształcone po kucyku


Osobiście jestem zadowolona z efektu jaki udało mi się otrzymać i jeśli kiedyś będę chciała powtórzyć ten zabieg to (o ile nie pojawi się inna alternatywa) na pewno sięgnę po PURC Pure Keratin raz jeszcze. Jednak nie poleciłabym tych kosmetyków kręconowłosym. Moim zdaniem przy takim kształcie włosów lepiej zainwestować więcej i udać się do profesjonalisty.



A jakie są Wasze doświadczenia z keratynowym prostowaniem włosów?
Miałyście do czynienia z kosmetykami PURC 
czy może robiłyście keratynowe prostowanie w salonie fryzjerskim?
Jestem ciekawa Waszych opinii.


Pozdrawiam Was serdecznie
HM








Jak wszystkie dobrze wiemy, włosy nie lubią się z zimą. O tej porze roku wystawione są na działanie wielu negatywnie wpływających na nie czynników takich jak suche powietrze, wysoka temperatura w domach na zmianę z niską na zewnątrz czy wreszcie ocieranie się o kurtki, szaliki, swetry.


Jak już kilka razy wspominałam ostatniej zimy moje włosy były wystawione na działanie ekstremalnie suchego powietrza i wysokiej temperatury, szukałam wówczas emolientowego produktu, który pomógłby mi w jakimś stopniu zabezpieczyć włosy, a jego działanie byłoby bardziej długotrwałe niż działanie odżywki. Po kilku nieudanych poszukiwaniach odpowiedniej maski w angielskich drogeriach przypomniałam sobie początki mojego włosomaniactwa i maskę, która już po pierwszym użyciu stała się moim hitem. Mowa o masce Biovax do włosów suchych i zniszczonych. 


Czego dowiadujemy się od producenta?

Intensywnie regenerująca maseczka Biovax opracowana została przez specjalistów w celu zagwarantowania Twoim suchym i zniszczonym włosom jak najlepszej kondycji.

Efekty na włosach:
- 
nawilżone, zdrowe włosy
- zadbane, nierozdwojone końcówki
- zmniejszona łamliwość
- jedwabisty połysk

Formuła oparta została o wyselekcjonowane, naturalne, bezpieczne oleje i ekstraky:
- Kompozycja ekstraktów z cynamonu i miodu - silnie nawilża i regeneruje przesuszone włosy, nadając im piękny połysk i zdrowy wygląd
- Zawarte w naturalnym olejku ze słodkich migdałów, glicerydy, kwasu oleinowego i linolowego zmiękczają i wygładzają włosy oraz łagodzą podrażnienia skóry głowy
- 100% ekstrakt z Henny - ułatwia aktywnym składnikom wnikanie do wnętrza włosa i jego cebulki

Skład: Aqua, Cetyl Alcohol, Cetearyl Alcohol (and) Ceteareth-20, Cetrimonium Chloride, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Acetylated Lanolin, Glycerin, Lawsonia Inermis Extract, Cinnamomum Zeylanicum Extract, Mel (Honey) Extract, Parfum, C.I. 16255, C.I. 42090, Linalool, Hexyl Cinnamal, Benzyl Alcohol (and) Methylchloroisothiazolinone (and) Methylisothiazolinone, Citric Acid, Potassium Sorbate.


Opis, cena i dostępność

Maskę dostajemy w słoiczku o pojemności 250 ml. Słoiczek jest - jak dla moich dłoni - wąski przez co ciężko wydostać resztki produktu. Kosmetyk ma dość gęstą konsystencję, zapach jest bardzo przyjemny, choć zdaję sobie sprawę, że nie każdemu przypadnie do gustu.
Cena: od 15 do 22 zł, jeśli trafimy na promocję to kupimy ją nawet za 10 zł. Moim zdaniem cena regularna jest zbyt wysoka w stosunku do wydajności produktu, ale jego działanie na włosach ją rekompensuje. Maskę możemy zakupić w drogeriach Superpharm oraz przez Internet.


 


Moja opinia 

Chyba każda włosomaniaczka przechodziła na początku przez okres pt. "muszę wypróbować każdy kosmetyk". Ja w ten sposób zapomniałam o Biovaxach na dobre 2 (!) lata. 
Jak pisałam wyżej - zimą przypomniałam sobie o istnieniu tej marki. Od razu zamówiłam maskę do włosów suchych i zniszczonych, a kiedy tylko do mnie dotarła oczyściłam włosy mocniejszym szamponem i nałożyłam ją na 30 min. 
Efekt? Włosy niesamowicie gładkie, miękkie i dociążone, tego właśnie oczekiwałam. Jedyną rzeczą, która nie każdemu może odpowiadać jest długo utrzymujący się zapach - na moich włosach utrzymywał się nawet następnego dnia po umyciu włosów, jednak mnie to w ogóle nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie.
Podsumowując, maska może i nie należy do najtańszych, ale myślę, że za taki efekt warto zapłacić. Oczywiście nie u wszystkich może się ona sprawdzić, ja jestem zachwycona, z kolei ktoś inny może być rozczarowany. Biovax do włosów suchych i zniszczonych zajmuje na mojej półce z maskami honorowe miejsce, zdecydowanie mogę powiedzieć, że jest to moja ulubiona emolientowa maska do włosów. 



Miałyście okazję stosować tę maskę? 
Co o niej myślicie?
Polecacie jakieś inne emolientowe maski?




Pozdrawiam Was serdecznie